Mariawita nr 4-6/2006

Biedaczyna mariawicki

Bp M. Franciszek Rostworowski

Spośród wielu wybitnych postaci duchownych mariawickich, poczesne miejsce zajmuje Brat Biskup Franciszek Rostworowski. Osoba Brata Biskupa, dziś nieco zapomniana, zasługuje w pełni na to, żeby ją przybliżyć współczesnym mariawitom, wydobyć z mroków zapomnienia i przywrócić jej należny blask.

Brat Biskup Wawrzyniec Ignacy Ksawery (imiona zakonne Maria Franciszek) urodził się 17 lipca 1874 r. w Milejowie, w Lubelskiem, w hrabiowskiej rodzinie arystokratycznej. Był synem Antoniego Ignacego Leona i Klary z Osuchowskich, małżonków Rostworowskich. Ochrzczony został w dniu 29 lipca 1874 r. w kościele parafialnym w Milejowie, ufundowanym przez jego dziadka Antoniego Melitona Józefa Tomasza hr. Rostworowskiego.

Rodzicami chrzestnymi byli Maria i Marta, siostry Łemnickie oraz Jan hr. Rostworowski, dziedzic majątku Zawadówka i major Paweł Godziacki. Sakramentu Chrztu św. udzielił ks. Bartłomiej Banach, proboszcz milejowski. Po dziś dzień zachował się w Milejowie dwór, w którym przyszedł na świat późniejszy biskup mariawicki.

Po skończeniu siedmioklasowej szkoły realnej w Warszawie, wstąpił do miejscowego Seminarium Duchownego. Po otrzymaniu święceń kapłańskich rozpoczął pracę duszpasterską jako kapelan swojego kuzyna, arcybiskupa warszawskiego Wincentego Chościak-Popiela.

Zdjęcie z czasów gdy był duchownym rzymskokatolickim

W tym czasie związał się z ruchem kapłanów mariawitów, rozwijającym się prężnie na terenie Warszawy.

Nowicjat w Zgromadzeniu Kapłanów mariawitów rozpoczął 18 listopada 1898 r. w Warszawie, w kościele św. Antoniego. Rok później przeniesiony został na wikariat parafii rzymskokatolickiej w Błoniu k. Warszawy. Profesję w Zgromadzeniu mariawickim wykonał w środę 17 października 1900 r. w Kępie Polskiej, w Płockiem, w ręce o. Jana Przyjemskiego, ówczesnego pierwszego Przełożonego Zgromadzenia. 27 września 1901 r. w tejże Kępie Polskiej złożył wieczyste śluby zakonne także przed o. Janem.

Zostawszy zakonnikiem mariawickim, w charakterystycznej dla niego pokorze i zgodnie ze złożonym ślubem ubóstwa, postanowił odtąd nie używać tytułu hrabiowskiego. Za szerzenie mariawityzmu został przez władze kościelne przeniesiony dyscyplinarnie do Wiśniewa k. Siedlec. Od 1907 r. był Kustoszem Okręgu Podlaskiego Kościoła Mariawickiego. Otrzymany po rodzicach spadek, zgodnie ze ślubowanym ubóstwem zakonnym, w całości przeznaczył na potrzeby Kościoła Mariawickiego.

W 1907 r. zakupił działkę budowlaną pod planowaną budowę kościoła parafialnego w Mińsku Maz. Świątynię tę uroczyście pokonsekrowano 8 września 1911 r. Pokrył znaczną część kosztów związanych z budową kościoła parafialnego w Wiśniewie obliczonych na kwotę 20 tys. rubli. Ponadto ze środków własnych wybudował kościół w Czerwonce i kaplicę w Strupiechowie.

Na potrzeby rozwijającego się centrum mariawickiego w Płocku zakupił nieruchomość, znajdującą się w bezpośrednim sąsiedztwie Świątyni, na której wybudowany został tzw. Dom Braci, a Mateczce podarował zakupiony przez siebie powóz wraz z parą koni cugowych, aby mogła wygodniej odbywać podróże.

W samym Wiśniewie kapł. Franciszek Rostworowski wybudował całą osadę parafialną, składającą się z czterech domów, w których zorganizował m.in. dwie ochronki, szkołę wyrobów wikliniarskich, warsztaty tkackie, szwalnię, pracownią wyrobów wikliniarskich, towarzystwo oszczędnościowo-pożyczkowe, bibliotekę z czytelnią, sklep spożywczy, a w zbudowanych pomieszczeniach socjalno-gospodarczych znalazły się kuźnia, stolarnia i łaźnia ogólnodostępna.

Zgodnie z decyzją Mateczki1/ kapł. Franciszek Rostworowski otrzymał w dniu 4 października 1923 r. sakrę biskupią. Głównym konsekratorem był bp Jan M. Michał Kowalski, a wspókonsekratorami biskupi: Roman M. Jakub Próchniewski i Leon M. Andrzej Gołębiowski. W dniach od 12 października do 23 listopada 1926 r. w składzie 12-osobowej delegacji mariawickiej odbył podróż do patriarchatów prawosławnych Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki, odwiedzając centra prawosławne Serbii, Bułgarii, Grecji oraz patriarchów Konstantynopola, Jerozolimy i Aleksandrii.

W czasach okupacji niemieckiej bp Franciszek Rostworowski zorganizował w parafii wiśniewskiej punkt leczniczo-pielęgniarski i szpital polowy dla żołnierzy konspiracyjnej Armii Krajowej, działających w pobliżu jednostek. Opieką rannych żołnierzy zajmowały się siostry mariawitki.

W latach od 1907 do 1954, najpierw kapłan, później biskup Fr. Rostworowski był nieprzerwanie proboszczem w Wiśniewie, a od 1923 roku sprawował urząd Biskupa Diecezji Lubelsko-Podlaskiej Staro-katolickiego Kościoła Mariawitów. Przez ostatnie dwa lata życia mieszkał przy Świątyni w Płocku. Na krótko przed śmiercią, wobec ówczesnego Biskupa Naczelnego Kościoła Wacława M. Bartłomieja Przysieckiego, przy obecności kilku kapłanów i kleryków oraz niektórych osób zakonnych, publicznie oznajmił swoją ostatnią wolę, nakazując swojemu synowi, kapł. Franciszkowi M. Wawrzyńcowi Rostworowskiemu, najściślej ją wypełnić:

"Powiedz rodzinie, niech się o duszę moją nie martwią, że będę potępiony jako mariawita. Dziękuję Panu Jezusowi, że w miłosierdziu swoim powołał mnie na czciciela Tajemnicy Przenajświętszego Sakramentu. Jestem szczęśliwy, że dane mi jest umierać w klątwie papieskiej. Nie chciałbym inaczej umierać. Mariawityzmowi, jako Dziełu Wielkiego Miłosierdzia, poświęciłem całe życie, głęboko i niezachwianie wierząc, że w nim Pan Jezus dał światu ratunek, zawarty we czci Boskiej Eucharystii. Więc, czy może być coś potężniejszego i większego, jak to święte, nieprzebrane Dzieło? Nakazuję ci powiedzieć to rodzinie. To jest mój testament dla ciebie".2/

Grób bp M. Franciszka Rostworowskiego w Wiśniewie

Biskup Franciszek Rostworowski zmarł w Płocku 8 maja 1956 r. Pochowany został na placu przykościelnym w ukochanym przez siebie Wiśniewie. W roku bieżącym mija 50 lat od śmierci bp. Franciszka Rostworowskiego, kapłana i zakonnika mariawickiego "znanego ze świątobliwości".3/

Dla mariawityzmu poświęcił wszystko: rodzinę która nie mogła zrozumieć, że poddał się kierunkowi duchowemu, wytyczonemu przez kobietę; świetnie zapowiadającą się karierą kapłańską; prestiż społeczny, który dawało jego arystokratyczne pochodzenie; splendor i zaszczyty. Wybrał szary habit mariawicki i nigdy niezachwianą wiarę w dar Boży, w Dzieło Wielkiego Miłosierdzia.

Był człowiekiem głębokiej pokory. Starał się być niezauważanym. Nigdy nie wysuwał się przed innych. Nie pożądał urzędów i zaszczytów. Jego osobistym, kapłańskim i biskupim szczęściem było móc służyć innym. Toteż w służbie dla wiernego ludu mariawickiego realizował całe swoje życie.

Bywa tak, że słowa, choćby najstaranniej dobierane, nie oddają myśli, którymi chcemy opisać osobowość niezwykłych ludzi. Zwykle głębię ludzkiej psychiki lepiej oddają obrazy lub fotografie. Podobnie jest w przypadku bp. Rostworowskiego. Najlepiej przemawia do naszej wyobraźni jego postać ze zdjęcia, ktore uważam za najlepsze, jakie od 1958 r. opublikowane zostały w czasopismach mariawickich.4/ Wykonał je syn biskupa, kapł. Wawrzyniec (zamieszczamy je z lewej - przyp. red.). Widzimy na nim człowieka wielkiego pochodzeniem, ale jakże małego i pokornego wobec Majestatu Bożego, wobec Boga Eucharystycznego, którego adoruje głęboko uniżony, skupiony na modlitewnej rozmowie z Bogiem.

Biskup Franciszek był szlachetnym i skromnym człowiekiem o małych potrzebach osobistych, spełniającym treści wynikające ze złożonych wieczystych ślubów zakonnych. To właśnie jego wewnętrzna potrzeba wypełnienia ślubu ubóstwa nakazywała mu, aby wszystko, co posiadał, a otrzymał dużo, nie zatrzymywał dla siebie. Dlatego cały swój znaczny majątek osobisty oddał na potrzeby wiernych i swojego Kościoła.

W tej jego postawie upatrujemy podobieństwa do św. Franciszka Serafickiego, którego imię nosił jako zakonnik. I podobnie jak św. Franciszek, zwany biedaczyną z Asyżu, bo rozdał biednym wszystko, co posiadał, nawet swoje szaty, tak również bp Franciszek Rostworowski nazwany być może biedaczyną z Wiśniewa, bo z tego, co posiadał, nic nie zatrzymał dla siebie.

Postać Biskupa M. Franciszka Rostworowskiego nie może ulec zapomnieniu. Jest to jedna z wielu pięknych postaci w mariawityzmie. Ludzi takich należy ciągle przypominać, a ich dokonania życiowe upowszechniać, ponieważ dla młodszego pokolenia mariawitów mogą być wzorem osobowym duchownego mariawickiego, który cały poświęcił się Bogu i ludziom.

Władysław Stanisław Ginter (Mariawita 4-6/2006)

Przypisy:
1. Dzieło Wielkiego Miłosierdzia, Płock 1922, s. 278.
2. Relacja kapł. M. Wawrzyńca Rostworowskiego.
3. Relacja publicysty rzymskokatolickiego Jana Stanisława Rostworowskiego,
w: Nasza przeszłość, Kraków 1999, t.92, s.552.
4. W Imię Boże, 4/1958, s.13.

Bibliografia:
l. Ginter Władysław Stanisław, Słownik biograficzny duchownych mariawickich, Rzgów 2005, mps.



W hołdzie miłości nowo konsekrowanemu Biskupowi Przewielebnemu O. Franciszkowi od dzieci wiśniewskich
(deklamowała Janka Rekówna, 4 października 1923 r.)

"Kto się poniża, podwyższon będzie" -
głosi Chrystusa Pana orędzie.
Ot i na Tobie dziś się sprawdzają
słowa, co wieczne znaczenie mają.

Mogłeś być wielki u tego świata,
wybrałeś cząstkę "mniejszego brata";
mogłeś pozyskać oklaski tłumu -
chciałeś, by zwano Cię "bez rozumu".

I błyszczeć mogłeś tarczą herbową,
Tyś jednak pieczęć wziął Barankową
nikłą, jak Ten, co Sam pieczętuje;
boś poznał w Duchu, co Bóg szacuje.

Mogłeś być księciem na złotym tronie,
wolałeś spocząć na Boskim Łonie.
Mogłeś być panem na wsie i miasta -
wszystkoś opuścił na głos Niewiasty -

Tej, co u świata była przezwiskiem
i niższą ponad wszystko, co niskie;
co była hańby okryta mianem,
aleś Ty poznał, że była z Panem.

Żeś się poniżył i oddał siebie
Tej, co królową tu, w trzecim Niebie -
Bóg Cię wywyższył: w dowód wybraństwa
dziś dał Ci pełnię swego kapłaństwa.

Kapł. M. Tadeusz Bucholc,
Wiśniew 28 września 1923


Naszemu Najdroższemu O. Biskupowi Franciszkowi w dniu Jego Imienin
(4 października 1944 r.)

Jeszcze Bóg nam pozwolił doczekać
Biedaczyny Franciszka Imienin
tu, gdzie się szatan tak wściekał
Pan zaś oczyszczał w płomieniach:
chciał nasze dusze odmienić...

Dwa miesiące zaledwie minęły
od całopalnej ofiary kościoła,
gdzie tyle pamiątek zginęło...
i nie można odszukać w popiołach
prochów siostry - wierności anioła...*

Ubożuchny był Brat nasz Franciszek,
zanim przeszedł przez Wiśniew Sąd Boży.
Dziś do reszty odarty: i z ciszy
swej celi przy Panu, i z Ołtarza,
gdzie serce swe korzył
i z pamiątek... tyle uczuć w nie włożył...

Z łaski Pana bez skarg nawet cienia
pożegnał to wszystko tak drogie...
Dławił ból... duch śpiewał hymn
dziękczynienia
"Mam wszystko w Bogu i z Bogiem!
Przyszła Miłość na ziemię ubogo!..."

I zrozumiał to nasz Biedaczyna,
jak Bóg zranić potrafi, by zleczyć...
i jak tu się Niebo zaczyna,
gdy wnijdzie Sam Syn nasz Człowieczy
i powie: Chyba Ci dosyć...
masz Mnie, Moją Miłość i pieczę!...

Niech Ci więcej, wciąż więcej przymnaża
Swoich darów i łask Utajony!
Niech nas z Tobą oczyszcza, obnaża,
by miał chwałę na serc naszych tronie
Pan Swą Miłością ku nam Szalony!

Kapł. M. Tadeusz Bucholc,
Cegłów, 25.09.1944 r.


Siostra zakonna M. Teodozja Król
Kościół w Wiśniewie po spaleniu

* Wersety wiersza "i nie można odszukać w popiołach/prochów siostry - wierności anioła..." odnoszą się do siostry zakonnej M. Teodozji Król. Zginęła 2 sierpnia 1944 roku, podczas gaszenia na chórze palących się organów w wiśniewskim kościele, ostrzeliwanym w czasie działań wojennych. Nie wiadomo, czy zginęła od kuli, czy spłonęła żywcem. Od kapł. M. Wawrzyńca Rostworowskiego dowiedzieliśmy się, że poszukujący zwłok Siostry znaleźli w zgliszczach kościoła tylko zakonną obrączkę i jedną kość, którą bp M. Franciszek pogrzebał z szacunkiem na cmentarzu parafialnym.


Hasłem tegorocznych Ekumenicznych Dni Biblijnych są słowa z czwartego rozdziału Ewangelii według św. Mateusza:

"Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Boga"

.
"Nie samym chlebem żyje człowiek..." - czego poza chlebem potrzeba jest nam, ludziom XXI wieku do egzystencji, do przyzwoitej egzystencji. Każdy z nas przyzna, że bardzo wiele. Kiedyś lud żądał chleba i igrzysk, oprócz jedzenia potrzebował mocnych wrażeń. Dzisiaj nie jest inaczej - mocne wrażenia w różnej formie, przynoszone przez brutalność codzienności, zawarte w zachęcaniu do zdobywania dóbr doczesnych, w przekazie telewizyjnym, internecie, w grach komputerowych, wreszcie w różnych konfliktach, niezbędne są dla wielu z nas. Mocne wrażenia i dobra materialne - sam chleb, to przecież za mało!

Czasem tylko - o wiele za rzadko - trafiamy do miejsc, w których zgromadzeni życzą sobie nawzajem chleba i miłości. Miłości Boga i miłości bliźnich, miłości do Boga i miłości do bliźnich. I dzielą się chlebem, symbolicznie wyrażając swoje dążenia do jedności, braku konfliktów, przezwyciężania podziałów.

Nam, ludziom XXI wieku, do chleba potrzeba bowiem - wbrew pozorom - przede wszystkim właśnie miłości. Co zrobić, żeby tego pokarmu, miłości i chleba, było pod dostatkiem? Pozwolić, by kierowało nami Boże Słowo.

W najpiękniejszej chyba i najbardziej uniwersalnej z modlitw, w Modlitwie Pańskiej, znajdujemy prośby o to wszystko, czego nam potrzeba. Tam jest uwzględniony szczególny chleb, chleb powszedni. Prosimy Boga Ojca: naszego chleba powszedniego daj nam dzisiaj.

(...) Pod określeniem chleb powszedni, zwyczajny można by powiedzieć, taki, bez którego trudno się obejść, kryją się nie tylko pokarmy dla ciała w sensie zwyczajnego jedzenia. Chleb powszedni to jedzenie, ale też miłość, życzliwość, zdrowie, praca, przyjaźń.

Do chleba powszedniego jednak z pewnością nie można zaliczyć ani luksusów, ani nawet tych nadmiernych dóbr doczesnych, bez których czasem już nie wyobrażamy sobie życia. Łapiemy kolejne etaty, bo musimy mieć jeszcze i jeszcze więcej, toniemy w niepotrzebnych długach, popadamy w konflikty, żyjemy w ciągłym stresie, mamy depresję, nie mamy czasu na nic. Modląc się o chleb powszedni, powinniśmy pamiętać, że tym chlebem powszednim chyba dla każdego z nas dzisiaj jest czas. Czas dla Boga, czas dla bliźnich, wreszcie czas dla siebie samego.

Czyżbyśmy byli coraz gorsi, coraz bardziej nieprzystępni? Czy to o nas powiedziano: "Mówią nieprawdę. Nikt nie ubolewa nad swoją złością (...) Każdy pędzi na oślep w swoim biegu, jak koń cwałujący w bitwie"? To są słowa z ósmego rozdziału Księgi proroka Jeremiasza. Wypowiedź sprzed wieków, ale jakże aktualna! Tak samo aktualne są słowa, będące myślą przewodnią tegorocznych Ekumenicznych Dni Biblijnych. "Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Boga".

Do życia potrzeba Bożego Słowa. Bez niego się nie uda, nie damy rady, załamiemy się. Nawet fizycznie syci i napojeni, dobrze odżywieni, po ludzku majętni, nie osiągniemy tego, co powinniśmy: życia w pełni, życia tu i życia w wieczności. Bez względu na stan posiadania, bogactwo czy ubóstwo, musimy mieć przede wszystkim Słowo, pochodzące z ust Boga. Ewangelista Marek pyta: "Co pomoże człowiekowi, jeśli cały świat zyska, a na swojej duszy poniesie szkodę?" (Mar 8,36)

W Księdze Powtórzonego Prawa (12,28) natomiast zawarta jest taka wskazówka: "Przestrzegaj i słuchaj tych wszystkich słów, które ja ci nakazuję, aby dobrze się powodziło tobie i twoim synom po tobie na wieki, jeżeli będziesz czynił to, co dobre i prawe w oczach Pana, Boga twego".

Modlitwa Pańska przy czwartej prośbie o chleb powszedni dodaje jeszcze jedno krótkie słowo: Naszego chleba powszedniego daj nam dzisiaj. A z tego jednoznacznie wynika, że jeżeli chcemy, aby Bóg dawał nam ten chleb, musimy Go o niego prosić codziennie. Czy w naszym zabieganiu codziennie znajdujemy czas na modlitwę, na rozmowę z Bogiem, na czytanie i rozważanie Jego Słowa?

(...) Ile razy słyszymy od bliskich i znajomych, a ile razy sami doświadczamy tego, że rano na nic nie ma czasu, a wieczorem ledwie zdążę się przeżegnać i natychmiast zasypiam. Nasz wielki poeta, Cyprian Kamil Norwid, napisał w jednym ze swoich wierszy:

"Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
podnoszą z ziemi przez uszanowanie
dla darów nieba, tęskno mi, Panie!
"

Darami Nieba są i dary materialne, i dary duchowe. Poetycki szacunek dla kruszyny chleba, chleba jako niebiańskiego daru, nie zawsze jednak oznacza godne jego spożywanie, brak marnotrawstwa i dzielenie się z głodnym człowiekiem obok nas. Dzielenie się, a nie oddawanie tego, co nam zbywa.

Darem Nieba jest również Słowo Boże. Szacunek dla Biblii, umieszczenie jej na ważnym miejscu w domu, chwalenie się starym wydaniem Pisma Świętego czy wspominanie pobożności przodków, nie zawsze oznaczają nasze całkowite zawierzenie Bożemu Słowu i decyzję, by przenikało całe nasze życie. Nie zawsze też mamy świadomość, że na świecie, a często bardzo blisko nas, żyją ludzie, którzy z różnych powodów nie mają własnej Biblii, łakną wartości duchowych, szukają, komu mogliby zaufać. Z nimi też powinniśmy się dzielić, dzielić chlebem Słowa Bożego. Mając własną Biblię, czytając ją, rozważając i według niej żyjąc, musimy pomagać, aby inni ludzie mieli Pismo św. i aby również nim żyli.

Jezus mówi do nas wszystkich: "Ja jestem chlebem życia. Kto przychodzi do Mnie, nigdy nie będzie głodny, a kto wierzy we Mnie, nigdy nie będzie odczuwał pragnienia" (J 6,35). (...) Czytajmy więc Biblię, żyjmy Słowem Boga dla naszego dobra, dla lepszego życia i dla naszego zbawienia. Obyśmy wszyscy zawsze pozostali wierni Słowu Bożemu i codziennie prosili Boga o chleb powszedni i pokarm duchowy. W Słowie Boga znajdziemy zaspokojenie naszego głodu: głodu wiary, głodu nadziei i głodu miłości. A także głodu życia - tego w doczesności i tego w wieczności.

Wszystkim nam zaś życzę takiej bliskości Słowa, o jakiej czytamy w Księdze Jozuego: "Niechaj nie oddala się księga tego zakonu od twoich ust, ale rozmyślaj o niej we dnie i w nocy, aby ściśle czynić wszystko, co w niej jest napisane, bo wtedy poszczęści się twojej drodze i wtedy będzie ci się powodziło" (1,8).

Módlmy się:
Boże, który przemawiasz do nas w swoim Słowie i sprawiasz, że nasze dusze i ciała zostają nasycone, prosimy Cię, daj wszystkim ludziom na całym świecie dostęp do Twojego Słowa. Tym, którzy już posiedli ten skarb, nie pozwól zmarnować ani okruszka, ale nakłaniaj do dzielenia się z innymi. Głód Twojego Słowa jest na ziemi większy niż możemy sobie wyobrazić. Ogromne też i niewyobrażalne dla nas, sytych, jest cierpienie fizycznego głodu. Daj Panie mądrych i dobrych szafarzy duchowych i materialnych dóbr tego świata. Spraw, abyśmy pamiętali, że do życia doczesnego i wiecznego niezbędny jest chleb Twojego Słowa. Amen.

Małgorzata Platajs (Mariawita 4-6/2006)

(Kazanie, z niewielkimi skrótami, wygłoszone przez Dyrektor Towarzystwa Biblijnego w Polsce Małgorzatę Platajs podczas nabożeństwa z okazji Ekumenicznych Dni Biblijnych w ewangelicko-augsburskim kościele Wniebowstąpienia Pańskiego w Warszawie, 8 maja 2006 r.)


Uroczystości jubileuszowe



MARIAWITYZM: STO LAT TO MAŁO CZASU

Z Tomaszem Mamesem, doktorantem Instytutu Religioznawstwa UJ rozmawia Krzysztof Mazur

- Z reguły jubileusz jest okazją do radosnej fety, czy tak będzie obchodzone stulecie samodzielności konfesyjnej mariawityzmu?

- O ile jubileusz stulecia (1893 - 1993) objawienia Dzieła Wielkiego Miłosierdzia, był rocznicą radosną, to trudno tak czcić rocznicę klątwy papieskiej. Trudno cieszyć się z odrzucenia Bożego planu religijnej i moralnej odnowy kleru katolickiego. Nie, ta rocznica zdecydowanie nie nadaje się do fetowania - to okazja do chłodnej refleksji...

- Dobrze, czy źle się stało, że mariawityzm poszedł własną drogą?

- Jeśli poszedł, to przecież nie dobrowolnie, bo mariawityzm był (i nadal jest) ideą uświęcenia Kościoła Powszechnego, a nie samego siebie. Nie można też stawiać kwestii: dobrze, czy źle się stało, że mariawici wytrwali przy powierzonej sobie Bożej misji. Bardziej twórcza byłaby refleksja, co zrobić, by zniwelować złe skutki wyrzucenia mariawitów z Kościoła rzymskiego - złe dla obu stron, bo rozłam był dramatem i dla mariawitów, i dla Kościoła Rzymskokatolickiego.

- Czy można było tego dramatu uniknąć?

- Kapłani Mariawici wiele robili, aby podtrzymać dialog z Kurią Rzymską, ufając jej oficjelom zapewniającym, że są widoki na polubowne zakończenie konfliktu z polskimi biskupami. A takie zapewnienia padały w czasie, gdy (od sierpnia 1905 r.) kapłani Mariawici, w miarę nasilania się represji przeciw nim, zaczęli wypowiadać posłuszeństwo ordynariuszom. Mimo wszystko liczono na rzeczowy, sprawiedliwy osąd papieża sprawy dobrej i świętej. Myślę, że bardzo duża część winy za doprowadzenie do rozłamu obciąża hierarchów polskich unikających dialogu z Mariawitami, a jednocześnie żądających od papieża wyłącznie stanowczości, szczególnie, gdy okazało się, że próby pacyfikowania mariawityzmu obracają się przeciw intencjom biskupów.

- Mimo świetnych pobudek Mariawici, wyłączając się spod władzy biskupów, złamali ślub posłuszeństwa, co sprowokowało środowiska "okołokościelne" do zajadłego ataku na Mariawitów, w tym przypisywanie im nieuctwa, wybujałych ambicji, a nawet szerzenia herezji...

- Z jednej strony mamy wspólnotę kapłanów z powodzeniem realizujących ideał duszpasterza - społecznika, z drugiej resztę kleru nie zdolnego do dostrzeżenia problemów współczesnego im świata. A przecież z tych problemów brał się kryzys postaw etycznych i ludu, i kleru parafialnego. Złą normą był serwilizm w relacjach plebania - dwór (czego liczne przykłady są w polskiej literaturze przełomu XIX i XX) oraz hołdowanie zgoła nieewangelicznemu przekonaniu, iż to owczarnia jest dla pasterza, a nie pasterz dla niej! Mariawici łamali te "normy" piętnując ospałość w Służbie Bożej i "pański styl" życia dużej części kleru. "Pańskości" przeciwstawiali prostotę i ascezę, marazmowi - gorliwość duszpasterską. Mówiący o pierwszych Mariawitach "nieuki" sami "strzelali sobie w kolano", bo przecież wielu z tych kapłanów, wybranych przez biskupów, miało dyplomy petersburskiej Akademii Duchownej, a wszyscy byli absolwentami seminariów diecezjalnych - wielu miało czołowe lokaty.

Argument szerzenia herezji pojawił się tuż przed klątwą papieską, a użyto go by postraszyć lud garnący się do Mariawitów. Tyle, że - ani w Polsce, ani w Rzymie - nie wskazano konkretnej nauki, czy praktyki pobożnościowej, która była sprzeczna z nauką i tradycją Kościoła rzymskokatolickiego, bądź została wymyślona przez Mariawitów. Histeryczna reakcja polskich biskupów była mniej zrozumiała, bo "tępiono" nie tych, co gorszyli maluczkich, a tych, co bez reszty oddali się pełnieniu swego kapłańskiego powołania!

- Toteż nie dla gorliwości byli "solą w oku" biskupów, a nieposłuszeństwa...

- Daleko bardziej, niż "sól w oku" pasuje tu określenie "wyrzut sumienia", bo Mariawici udowodnili, że gdy się bardzo chce, można iść w ślady Apostołów nawet w realiach kraju zniewolonego. Prawda, z punktu widzenia prawa kanonicznego złamali zasadę posłuszeństwa, ale przecież nie z niskich pobudek, nie dla fantazji! To było dramatyczne w formie, ale jednak wyznanie wiary w świętość Kościoła i nieomylność papieża, od którego wyglądali sprawiedliwości - daremnie. "Wina" Mariawitów polegała na tym, że posłuszeństwo woli Bożej postawili ponad rozkazom ludzi...

- Do ujawnienia roli Marii Franciszki kapłanów Mariawitów stawiano za wzór, a po tym fakcie gwałtownie zdystansowano się od nich - dlaczego?

- Bo Maria Franciszka była kobietą...

- W dziejach Kościoła było wiele świątobliwych kobiet - także Doktorów Kościoła...

- Dokładnie cztery kobiety na dwa tysiące lat chrześcijaństwa! Mimo deklaracji i wolt teologicznych Kościół katolicki nie wyzbył się przeświadczenia o fatalizmie płci niewieściej. Przecież jeszcze w XIX w. wielu speców od wychowania twierdziło, że edukowana kobieta jest tyle warta, co wykształcona krowa. Kobieta miała być podporządkowana systemowi, w którym funkcjonowała, systemowi przez mężczyzn stworzonemu i przez nich zarządzanemu. A tu nagle pojawiła się kobieta, której wyrobienie duchowe dostrzegł i docenił o. Honorat Koźmiński, cieszący się sławą znakomitego kierownika dusz. To on skierował młodziutką dziewczynę do zgromadzenia czynnego, a że duchowość tego zgromadzenia nie była tym, czego poszukiwała w życiu zakonnym, Kapucyn przeniósł ją do Płocka. Jako matka generalna założyła konwent kontemplacyjny, będąc jednocześnie wizytatorką innych zgromadzeń ukrytych - takich funkcji nie powierza się, przepraszam za trywializm, pierwszej lepszej zakonnicy...

Sprawy Mariawitów skomplikowały się, gdy okazało się, że założycielką męskiego konwentu była kobieta. Św. Franciszek założył nowy zakon, ale do pokierowania jego kobiecą linią zaprosił św. Klarę - swoją siostrę. "Grzechem głównym" Marii Franciszki było to, że zajęła się reformą kleru, co było jeśli nie wyłączną domeną biskupów, to na pewno domeną mężczyzn. "Jakim prawem - oburzano się - jakaś zakonnica wypowiada się w sprawach, które nie powinny jej interesować!" Ba!, nie dość, że sama wybierała księży do Zgromadzenia, to była mistrzem nowicjatu, co przekraczało wszelkie granice imaginacji biskupów.

- Czy możliwy jest powrót do jedności z Kościołem rzymskokatolickim po tylu złych słowach, które padły z obu stron, po tragedii pogromów?

- Cóż, można uznać, że klątwy nie było, bo została rzucona w sposób nieważny - tak jak można w określonych warunkach uznać za nieważne święcenia kapłańskie, czy sakrament małżeństwa. A wiele wskazuje na to, że papież był wprowadzony w błąd i nie do końca zdawał sobie sprawę z faktycznego stanu rzeczy. Poza tym akt anatemy zawierał wiele błędów formalnych. Wyjście drugie, to kanonizacja bł. Marii Franciszki przez Kościół rzymski...

- To żart?

- Mówię całkiem poważnie. Jest precedens: Joannę D'Arc, jako "heretyczkę" spalono na stosie, by później ogłosić świętą Kościoła rzymskokatolickiego. Jest nieco podobieństwa między tymi kobietami. Joannie objawiał się Michał Archanioł, a później, gdy w Bożą sprawę wdała się wielka polityka, doszło do tragedii. W sprawę mariawicką też wdała się wielka polityka, ale, jak myślę, największym problemem jest fakt, że od śmierci Joanny minęły wieki i dziś mało kto pamięta kontrowersje wokół jej działalności, emocje wygasły, tak jak stos, na którym spłonęła. Dlatego św. Joanna jaśnieje na ołtarzach Kościoła, który ją potępił. A od potępienia Dzieła Wielkiego Miłosierdzia minął ledwie wiek. To mało czasu...

- Dziękuję za rozmowę.

(Tygodnik Siedlecki nr 19, 7 maja 2006 r.)